100 dni bez alkoholu. I co dalej?

Alkohol to trucizna. Każdy to wie i zbyt wielu tę wiedzę ignoruje. Ja piłem przez długi czas i nie uważałem tego za palący problem. Owszem zdarzały się sytuacje, których wolałbym nie mieć na swoim koncie, ale wstyd po nich jakoś nie zachęcał mnie do działania. Dopiero kilka miesięcy temu zauważyłem, że warto coś z tym zrobić.

Dwie kolejne imprezy skończyły się zatruciem alkoholowym. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Jeśli ktoś nie miał okazji doświadczyć, to polega to na tym, że… no bardzo mocny kac plus ciężko wpakować coś do żołądka przez wiele godzin. Trzyma, aż puści. Nie jestem tak surowy, żeby uważać się za alkoholika, ale nie trzeba osiągnąć skrajnego poziomu, żeby spróbować w sobie coś zmienić. Oglądając vlog Macieja „Procenta” Aniserowicza, postanowiłem spróbować tego, co polecał. Czyli totalne zero alkoholu przez minimum pół roku. Procent mówił, że dopiero po takim czasie poczuł, że wygrał z uzależnieniem. O kurczaczek! Jak mnie przerażało podjęcie tego wyzwania. Przede wszystkim wizja porażki. Cieszę się, że mimo tego postanowiłem spróbować. W sumie do pół roku jeszcze trochę dni zostało.

Potyczki etanolowe

Oprócz porady z vloga zrobiłem też krótkie rozeznanie. Dowiedziałem się, że alkohol może rozkładać się w naszym organizmie nawet 21 dni po spożyciu. I te pierwsze 21 dni to dopiero wstęp do opanowania uzależnienia. Nawet pamiętam moją pierwszą próbę zerwania z piciem kilka lat temu. Trwała ona równe 28 dni. Jednak mnogość spotkań i imprez, na które wtedy chodziłem, umęczyło mnie na tyle, że wróciłem do picia. Wtedy jeszcze traktowałem tę próbę jako odbieranie sobie przyjemności. Ciężko wytłumaczyć się z bycia abstynentem w barze bez konkretnego argumentu.

Kultura spożycia

Obejrzałem dokument „Cała prawda o alkoholu” opowiadający o zmianie brytyjskich zaleceniach spożycia alkoholu. Kilka lat temu normy te zostały wyrównane dla kobiet i mężczyzn. W Polsce takie rozróżnienie by nie przeszło. Każdy zna kobietę umiejącą wypić więcej niż jej 5 jej koleżanek razem wziętych i jeszcze zaśpiewać jakieś karaoke. Jednak wracając do tych zaleceń. Maksymalnie 7 piw na tydzień, maksymalnie 3 jednego dnia. Powyżej tej ilości skraca się nasza przewidywana długość życia. Dość sporo, ale z drugiej strony jak już zacznie się pić to łatwo stracić umiar. I wiem, że ja bardzo często ten umiar traciłem, dawałem się namówić. Zwłaszcza gdy szedłem gdzieś z zamiarem dobrej zabawy i w dobrym humorze. W takich sytuacjach piłem najwięcej. Jednak perspektywa dłuższego życia, jest wyjątkowo kusząca. Niby nie palę i nie jem mięsa, ale przydałoby się mniej siedzieć i rozprawić się z alkoholem na dobre. Jest nad czym pracować. 

Inne problemy

Na początku odstawienie alkoholu wydawało mi się super trudne. Teraz po ponad 100 dniach abstynencji widzę kolejne nałogi bardziej zakorzenione w moim życiu. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie bez kawy i solonych orzeszków ziemnych. Nie traktuję ich jak nałogi, lecz część siebie. Sukcesy z alkoholem pokazują mi, że mogę się pewnej niedzieli obudzić i nie przerazi mnie widok pustej puszki na kawę albo brak puszki po orzeszkach w koszu na śmieci. Ciekawi mnie też to, czy będę w stanie wytrwać przy tym postanowieniu. Zbliża się bardzo ważne wesele, na którym należałoby się przecież whylylybymy. Tradycja tak nakazuje. No i od czasu do czasu warto. Silną mam wolę i pójdę i nie napije się, taką mam silną wolę… Zobaczymy, jak to wyjdzie. A może będę dużo tańcował, szprycował się kofeiną, ignorował ból w łydkach i jakoś to będzie. Może wzniosę toast, jeśli przyjdzie inspiracja na takowy. Weselny toast zapity sokiem z buraka. 

Realizacja

Żeby przetrwać pierwsze dni, robiłem, co mogłem. Ograniczyłem wieczorne wizyty w sklepie. A w samym sklepie chodzenie po alejce alkoholowej. Przykładałem się do treningów i starałem się mieć w pamięci, jak słabo się biega na kacu. Najważniejsze jest jednak znalezienie zastępstwa. Smak piwka zastępował mi podpiwek albo, o zgrozo, piwo bezalkoholowe. Problem był tylko przy zakupie tego niesławnego piwa bezalkoholowego. Przecież leży ono tuż obok tego zwykłego. I trzeba trzymać łapki na wodzy. Praca nad dyscypliną kiedyś się jeszcze przyda. 

Skutki

Co dało mi ponad 100 dni abstynencji? Dużo szybszy powrót do formy biegowej po zimowej przerwie, łatwiejsze zrzucenie również zimowych kilogramów wagi. Dało mi więcej czasu na czytanie, myślenie i tworzenie na trzeźwo. Świadomość tego, że mogę jeszcze dużo w sobie zmienić. Trudno będzie mi z tego zrezygnować, ale trudno też nie zrezygnować. Może wypiję winko z żoną, kiedy skończy karmić naszych synów piersią. A może nie będziemy mieli ochoty na to wino. Chwila, chwila. Zaraz, zaraz. Nie po to publikuje ten wpis! Robię to, bo mam nadzieję, że spróbujesz czegoś podobnego i za 100 dni podzielisz się własnymi refleksjami. Trzymam kciuki!